Trochę mnie śmieszy ten cały cyrk. Miałem napisać że bardzo, ale się trochę zaasekuruję i napiszę że 'trochę', bo tak czy siak jestem jego odbiorcą i nic na to nie poradzę. Mówię o cyrku medialnym, o popkulturze szeroko rozumianej, o rozrywce dla mas, zwanej między innymi 'telewizją', z całą jej zawartością mającą na celu umilenie ludziom czasu. Otóż żadne tam umilenie. Rzecz w tym że to wszystko to w czystej postaci 'komercja'. Chodzi jak zwykle o wyciągnięcie od ludzi ich pieniędzy i nie ma w tym względzie żadnych sentymentów. Wyniki finansowe muszą być dobre, świetne, jak najlepsze. Tylko firma rozwijająca się ma prawo bytu, ma szansę przetrwać. Nawet nie mówię tu o reklamach, które są w sumie uczciwszą formą namawiania społeczeństwa na wydanie pieniążków, mówię raczej o zakamuflowanej machinie zarabiania na pospólstwie, której jednak mechanizm dostrzeże każdy nieco bardziej bystry osobnik. A zresztą nie odkrywam tu Ameryki. Może po prostu godzimy się z tym i nie roztkliwiamy nad tematem, przechodząc obojętnie, bo i też jaki mamy na to wpływ? Możemy to jedynie wykpić, wyśmiać, zmieszać z błotem, wykrzyczeć różne epitety pod adresem tych genialnych we własnych oczach specjalistów od wymyślania kolejnych teleturniejów telewizyjnych. Wszystko się kręci wokół zysku i zarabiania. No może poza TVP Kultura. Wiecie, wszystkie te "namawiam gorąco Państwa do wysyłania esemesów na parę X..." - tu akurat mamy dość jawną formę perswazji w kwestii "dajcie nam jak najwięcej swoich pieniędzy, bo całe to towarzystwo musi być słono opłacone, a i my mamy zbić kokosy na 40-tej edycji programu i pozmieniać samochody na bardziej luksusowe, oraz pokupować działki pod Warszawą. Zresztą dobrze by było, by 40-ta edycja zarobiła więcej od 39-tej, bo wtedy jest szansa na 41-szą, czyli na postawienie domku na w/w działce". Dobra, niech mają, ja im nie dam ze swoich, ale znajdą się tacy co dadzą, i to liczeni w dziesiątkach tysięcy. Zaraz! No nie do końca im nie dam. Musicie być świadomi, że nawet jak nie chcecie, to samym wlepianiem oczu w ekran już im płacicie (płacimy). Sprawy mają się tak, że ktoś tam, jakiś tajemniczy Don Pedro, sprawdza oglądalność danego programu, i nie pytajcie mnie jak on to robi. Otóż robi to dość skutecznie, a program o dużej oglądalności cieszy się powodzeniem u reklamodawców, którzy to bulą ciężką kasę danej stacji TV za możliwośc umieszczenia swojej reklamy w ramach popularnego 'szołu'. I tak oto pośrednio dokładamy się do nowej diamentowej kolii dla młodziutkiej kochanicy wiceprezesa takiej to a takiej telewizji, która w łóżku potrafi wywijać takie szpagaty, że mogłaby śmiało iść do programu "Mam talent". Nie chodzi mi już o szczegóły, chciałem napisać o ogólnym mechanizmie, o idei rządzącej mediami. Aktorzy zatrudniani w serialach są potem, na mocy podpisanych kontraktów, mocno eksploatowani w innych programach, aż się znudzą widzom. Wtedy szuka się innych. Tych jak i tamtych lansuje się w telewizjach śniadaniowych, śmiesznych i bezsensownych teleturniejach, oraz w niby ambitnych talk-show'ach i pogadankach o raku piersi czy prostaty. Jedyny plus to ich udział w akcjach charytatywnych i ewentualny wpływ księdza z 'Plebanii' na szybsze udanie się pani Jadzi na badanie piersi czy szyjki macicy (na nas facetów to nie działa, więc umieramy w mękach znacznie wcześniej od wielbicielek serialów, czyli naszych żon ;)). Wszystko jest towarem. Aktor 'wygrany' w popularnym serialu, sprzedaje się jeszcze długo po jego zakończeniu i pomaga sprzedawać przy okazji towary (programy) w których uczestniczy.
Programy szukające nowych talentów muzyczno-akrobatycznych to kolejne maszynki na esemesy. Doszło już, jak zauważyłem, do tego, że nikt się nie przejmuje faktem, iż swych sił na estradzie 'próbuje' dziewczę, które ze swoim zespołem nagrało już dwie płyty i nie jest żadną tam amatorką. Liczy się tylko to, że jest zwiewna i ma anielski głos, co wywoła euforię u telewidzów i nakłoni ich do hurtowego wysyłania na nią głosów. Ja sam, gorąco wierząc w 'amatorskość' jakiegoś wykonawcy, dostaję gęsiej skórki pod wpływem świetnego wokalu połączonego z świetnie dobranym repertuarowo kawałkiem. Początkowe założenia programu biorą więc w łeb, i tylko przemilcza się fakty, które mogłyby osłabić efekt zrobienia wrażenia na ludziach, które mogłyby ujawnić telewizyjne oszustwo.
Mecze. Mecz to, jak prawie wszystko inne, a w TV szczególnie, produkt na sprzedaż. Atrakcyjny mecz jest atrakcyjnym towarem i można go drogo sprzedać. Mecz jest atrakcyjny jak grają w nim atrakcyjne drużyny, czyli takie w których składzie są atrakcyjni piłkarze. Dobry piłkarz jest słono opłacany, ale to nic, to i tak się solennie opłaca, bo telewizje i widzowie na żywo, chętnie zapłacą za 'cyrk piłkarski'. Wszystko się ładnie zazębia i nie chodzi o żaden sport. Reklamy na stadionach to już małoistotny szczegół. Muszę się mocno nabiedzić by zapomnieć podczas meczu o finansowym aspekcie całego przedsięwzięcia o nazwie Liga Angielska, czy Liga Mistrzów.
A-ha, lansowanie piosenek w popularnym radiu to jeden z bardziej irytujących przejawów komercji. Prezenter radiowy nie ma prawa wypowiedzieć się źle o kolejnym 'przeboju' danej gwiazdy. Wystarczy że utwór sygnuje ktoś znany i to wystarczy. Taka nowość nie może być zła, no po prostu nie może. Jest niemożliwością by Shakiry nagrany nowy kawałek był szmelcowaty, no skąd. I nie ma znaczenia, że kilka lat wstecz nikt by takiego hiszpańskojęzycznego, latynoskiego chłamu nie puścił w europejskim radiu, a teraz już można, bo to Shakira, która pozycję ma na tyle silną, że sprzeda mediom wszystko. Nagle okazuje się, że słuchacze jakiegoś tam radia odkryli w sobie latynoskie korzenie, południowy temperament i windują wspomnianą piosenkę na szczyt listy przebojów. A wszystko to pod wpływem niemiłosiernie częstego odtwarzania tego 'zjawiskowego hitu' na 'łamach' stacji. Gdy jest to np. setny raz, na najbardziej opornych zaczyna działać mechanizm pt. 'najbardziej kochamy piosenki, które już kiedyś słyszeliśmy' (i to po wielokroć słyszeliśmy). Oj biedni są ci prezenterzy, którzy mają nawet tylko trochę większą od przeciętnej, wrażliwość muzyczną. Słowa dezaprobaty cisną się im na usta, ale niestety muszą to stłumić w sobie głęboko. I tak dzien w dzień.
I żeby nie było że jestem taki mądrala tutej: chcesz się zabawić to płać!. Jednych bawi "M jak Miłość", innych Liga Angielska. Mnie akurat to drugie, i byłbym skłamał gdybym napisał, że nie odczuwam podczas oglądania tego pewnych przyjemnych emocji i wytchnienia od spraw codziennych, bo jednak w przeciwieństwie do wszystkiego innego, mecz jest ciężko wyreżyserować i ma on sporą dozę nieprzewidywalności w sobie.
Otacza nas zewsząd mechanizm robienia pieniędzy, a my świadomie lub też mimowolnie
jesteśmy malutkimi trybikami tego mechanizmu, pionkami na szachownicy
speców od reklamy i promocji mimo całej swojej ewentualnej wiedzy o tym że jesteśmy
robieni w bambuko every day.