Ostatnio, jakimś dziwnym trafem, trafiły mi się dwa australijskie filmy. Australia wciąż kojarzy mi się z gonieniem za Ameryką w każdej dziedzinie, i z kaleczonym angielskim - taką zabrudzoną, rynsztokową jego odmianą. Widać tą pogoń w muzyce (choć mogą się pochwalić kilkoma wykonawcami, którzy tworzą coś na kształt australijskiego stylu w muzyce, np. The Church, a ostatnio Split Dogs), oraz w filmie. Przy całym tym moim krytycyzmie wobec australijskości, nie zapominam ani na moment o AC/DC, Pikniku pod wiszącą skałą i serii z Mad Max'em. Dziwnym trafem oba obejrzane przez mnie filmy mają pewną wspólną cechę, a właściwie dwie cechy - po pierwsze są to horrory, po drugie, nacisk położony został w nich na realistyczność. W pierwszym, narzędziem osiągnięcia tego jest paradokumentalizm. Tym razem pomysł zerżnięto z kina hiszpańskiego, a konkretnie z filmu Rec (zdaje się, że prekursorami w tej formie filmowej byli jednak twórcy zza oceanu odpowiedzialni za Witch Project). O ile w Rec można było się chwilami przerazić, i tylko irytujące pokrzykiwanie w jazgotliwym hiszpańskim psuło końcowy efekt (jak ci Hiszpanie potrafią wnerwiać swym rozpasanym gadulstwem), o tyle tu razi wtórność wszystkiego. Przydługi wstęp, a potem gonienie po labiryntach kanałów pod Sydney.
Drugi film to ograny pomysł z rekinem. A jednak w tym przypadku dość minimalistyczny, oszczędny, wręcz ascetyczny scenariusz i takaż gra aktorska, oraz pozbawiona fajerwerków forma, stawia realizm tego filmu na cienkiej granicy pomiędzy miałkością pomysłu, a powalającą antyhollywood'zką prostotą. Poczucie zagrożenia w tym obrazie realizowane jest poprzez ograniczenie wątków pobocznych do niezbędnego minimum i skupienie się na właśnie realiźmie ukazania rejsu kilkorga znajomych na pokładzie małego jachtu. Nieznośne napięcie budowane tu jest za pomocą permanentnego stanu oczekiwania na to co się stanie za chwilę, na oczekiwaniu kulminacji tragedii, na przekonaniu, że za chwilę wydarzy się coś okropnego. A żeby nie było tak łatwo, strach mamy tu podawany na raty.
Żaden z tych filmów nie stanie się hitem, żadnego z nich nie polecam do oglądania, więc i pisanie o nich wydaje się marnowaniem czasu, ale tak przy okazji nasuwa mi się bardzo subiektywne porównanie na podanych przykładach kina angielskiego i australijskiego. To pierwsze jest inteligentne, drugie zaś wygląda przy nim jak ubogi krewny zza oceanu. To oczywiście ocena bardzo wyrwana z szerokiego spojrzenia na twórczość filmową obu tych krajów, ale czy stosunkowo trudny dostęp do kina z antypodów nie jest potwierdzeniem tezy o nikłej jego wartości?