Słucham Radiohead. Ich muzyka trafia w czułe struny mego smutku i potęguje go. Ubolewam tylko że pomijam zupełnie treść słownego przekazu. To godne pożałowania. Mam jeszcze w szufladzie bilet na ich koncert. Sam go stworzyłem na wzór i podobieństwo i wydrukowałem. Leży sobie jako wspomnienie i pamiątka, jako nieużyte alibi do naszego nielegalnego spotkania, które się nie odbyło. Słucham Radiohead, bo śniła mi się Miłość. Trudno mi się otrząsnąć po takim śnie, a właściwie z premedytacją próbuję przedłużyć jego działanie ile się tylko da. Słucham więc Radiohead i przypominam sobie za zamkniętymi oczami to, co tak mnie poruszyło głęboko. Obok tego jednak pojawia się nieznośna myśl, że taki stan jak Miłość i zauroczenie jest przypisany tylko młodości, że o ile ja wciąż łaknę Miłości i jestem w stanie się rozkleić cały, to ani już nie jestem piękny, ani też młody, i tylko pomarzyć mogę że taki stan mógłbym jeszcze z kimś dzielić. Wracam jednak usilnie do tych momentów, tych spojrzeń rzucanych niby przelotnie, a już w oczywisty sposób będących częścią stanu zauroczenia wzajemnego. Wracałem, bo teraz ulotnił się już niestety klimat tego snu. To zawsze jest intensywne, ale niestety ustępuje dość szybko miejsca nachalnej prozie życia. To nie znaczy że nie ma we mnie wystarczającej dozy romantyzmu - romanztyzm to moje drugie, a może trzecie imię. Zaraz po przebudzeniu, i jeszcze kilka godzin potem, celebruję to co mi pozostało w pamięci, a w zasadzie w duszy. To jest jak znamię, jak ślad, realna blizna pozostawiona przez obrazy ze snu, przez przekaz tych obrazów. Człowiek ckliwie o tym rozmyśla, odtwarza klatka po klatce film, póki wyciagnięte na światło dnia klisze nie zaczną się prześwietlać i gubić ostrość. Co ciekawe zaczęło się od pocałunku, pocałunku widzianego z profilu jakby przez osobę trzecią, pocałunku odczuwalnego miękkim dotykiem jej ust. Dopiero potem następowało poznawanie, te przelotne, niepewne spojrzenia, wątpliwości i radości z uchwyconej przelotnie akceptacji. Mijania się w przelocie, spojrzenia szukające potwierdzenia, uśmieszki lekkie, innym razem bolesne zignorowania. Z początku nawet mi się za bardzo nie podobała. Nie było to uczucie od pierwszego wejrzenia, ale od pierwszego wejrzenia wiedziałem że to będzie to, że z czasem zacznę się uzależniać, a potem już nie będzie odwrotu, bo obezwładni mnie uczucie. Nawet nie miała dużego biustu, nawet nie wiem czy w ogóle biust miała, ale miała coś w twarzy, oczach, coś przyciagającego. A może potrzeba kochania i bycia kochanym była tak silna, że wszystko pchało mnie do niej? Wiem że to trochę burzy romantyzm całej sytuacji, ale uwierzcie, w tym śnie romantyzm wisiał ciężko w powietrzu, wypełniał sobą całą przestrzeń wokół i inna opcja nie wchodziła w rachubę. Co było najbardziej ujmujące w tym wszystkim? A to że czułem w każdym jej spojrzeniu to co każdy zakochany chciałby widzieć - zakochanie. To już nie była akceptacja tylko, to było to wszystko co jest powyżej akceptacji. Kilka razy minęliśmy się bez słowa, kilka razy zabolało, ale potem wystarczyło jedno przelotne potwierdzenie że tak - jesteśmy... istniejemy dla siebie, a radość z tego była bezgraniczna. I potem były już rozmowy, jakbyśmy się znali od lat, jak byśmy uwolnili słowa, które wypowiedzieliśmy już wcześniej, tyle że bezgłośnie do sobie, i siedzieliśmy ramię przy ramieniu, i wszystko było tak oczywistym. A przecież był to sen, a jak często bywa ze snami, świadomość tego że to nie dzieje się naprawdę przedzierała się przez nieszczelność podświadomości i kładła się cieniem na spełnieniu.
Moje zwątpienie co do tego że Miłość jest zarezerwowana już tylko dla młodych i pięknych nieco złagodziły 'wyczyny' pewnego znajomego, który w wieku coś około 55, a pewnie i więcej lat, odkrył dobrodziejstwo internetowych znajomości, i poznawszy poprzez sieć tzw. młódkę, został wyklęty ze swego małżeństwa, co wiem od osoby bezpośrednio zainteresowanej przychodzącej czasem do opieki nad Majką. Pozostaje jednak wciąż we mnie wrażenie, że nie byłbym już w stanie wywołać w kobiecie, bo i niby czym, takich uczuć jak te, których wyrazem jest najgłębsze i najbardziej oddane spojrzenie jakie można sobie wyobrazić, to ze snu, z tamtego snu. Będąc właściwie o tym przekonany, pogłębiam swój smutek kontynuując słuchanie Radiohead
P.S.
Mam pociąg do Rzymu. Chciałbym kiedyś go zwiedzić.
Mieszkam w bloku. Blok jest z płyty, trochę nowszy od tych, których budowę płyta po płycie mogłem jako dziecko obserwować z okien pachnącego jeszcze nowością mieszkania we wcześniej wybudowanym bloku, do którego się wprowadziliśmy z siostrą i rodzicami. Pamiętam jak było tam zryte przez koparki i buldożery pustkowie. Mieszkam w bloku. Wiem jakie to śmieszne i upokarzające, uwłaczające ludzkiej godności, ale mieszkam w bloku. Bloki to takie siedliska biedoty, przynajmniej na Zachodzie. Ciągle sobie wyobrażam te gnieżdżące się w swoich klatkach rodziny, ciągle obdzieram bloki z ich ścian, by widzieć te podzielone na małe klitki życia toczące się na kiludziesięciu marnych metrach kwadratowych. Mieszkam w bloku i uważam że to wygodne aczkolwiek uwłaczające.
Pod blokiem stoi mój samochód i pokrywa się kurzem emitowanym z pobliskiej proszkowni mleka.
U góry czasem słyszę kłótnie sąsiadów, a potem wzdychającą z seksualnej rozkoszy sąsiadkę, z dołu zaś dochodzą mnie głośnie dyskusje pomiędzy panią stomatolog a jej pacjentami. Kiedy skrzypi moje łóżko, gdy uderza rytmicznie o betonowy parapet okna, mam wrażenie że wszyscy to słyszą.
W piwnicy zagnieździł się cieć który co sobotę myje schody na klatce i utrzymuje porządek wokół. Czasem przychodzą do niego koledzy i razem grają w szachy i na gitarze. Wydaje mi się że spędza tam większą część dnia.
Kiedyś z okien można było przy odrobinie szczęścia podejrzeć w sąsiednim bloku półnagą lokatorkę mieszkania z przeciwka, dziś wszystkie okna są ślepe, szczelnie zakryte roletami.
Żyję, a właściwie umieram. Liczę lata i wychodzi mi dużo, odliczam od tyłu, i wychodzi mi niewiele. Starzeję się. Zaczynam to zauważać. Łapię się na tym, że w kwestiach ubioru wciąż kieruję się gustem młodzieniaszka. Wiem że narażam się na śmieszność. Najgorsze są właśnie te olśnienia, kiedy stwierdzam że coś już nie wypada, bo... Kupuję spodnie z przetarciami, a potem sobie uświadamiam swój wiek. Okropność.
Mieszkam na osiedlu. Chyba jestem starej daty, bo nigdy tej zbieraniny betonowych klocków nie nazwałbym miastem. Nie pomagają drzewa które od tamtego pionierskiego czasu rozrosły się już znacznie. Rozumiem wyższość tych, którzy mają swoje domy, którzy nigdy w bloku nie mieszkali. Nie mam pretensji.
Mam dom, dwukontygnacyjny, zimny, szary bliźniak. Dom wymaga remontu, ale nie wiem czy mam siły by ten temat ogarnąć. Kiedyś mieszkałem w tym domu. Stawałem wieczorem ukryty w ciemnościach przy oknie wychodzącym na migoczące rozświetlonymi oknami osiedle i zastanawiałem się jak żyją ci wszyscy ludzie.
Dzień jak dzień, między chorobą a zdrowiem, między pracą a domem, między wzlotem i upadkiem, porzuceniem a powrotami, między apatią, depresją a nową nadzieją, pomiędzy upadkiem a narodzeniem.
Śnię o kobiecym ciele które we mnie urasta do wielkiej symboliki. Pewnie to z głodu. Kobieta świadoma erotyzmu swojego ciała, dotykająca je często z tą świadomością, jest pełniejsza i łatwo może zrozumieć mężczyznę. Z drugiej strony zrozumienie mężczyzny nie musi być priorytetem nikogo. Podobno jesteśmy prości jak budowa cepa, zatem po co się pochylać nad nieistniejącym problemem? To symboliczne 'kobiece ciało' to jasna plama nagości w mojej głowie. Naga kobieta jest zjawiskiem zupełnie odrębnym od ubranej kobiety. Kobieta ubrana jest bytem całkowicie odstającym od tego, kim się staje będąc nagą zupełnie. Nagość kobieca jest dla mężczyzny wartością przeogromną. Pokładam swe nadzieje i myśli w nagiej kobiecie, pokładam się w niej cieleśnie, zagaranim ramionami, z ciekawości doznań i z ciekawości poznawczej, dotykam w różny sposób. Rzucam się w tą nagość i się nią nacieram. Czy można się tym znudzić, opatrzeć? Nie umiem na to odpowiedzieć. Naga kobieta to prowokacja, zachęta lub też uległość, stan wymuszony, niechciany z powodu nadmiernej wstydliwości lub obawy że nagość mimochodem pociąga za sobą zaproszenie do jej konsumowania przez faceta. Mężczyzna przy nagiej kobiecie też chce być nagi, ale nie zawsze ma pewność czy jego nagość będzie akceptowana, z powodu pewnej nachalności tejże, większej wizualnej wulgarności, no i braku takiego piękna, które w przypadku kobiecego ciała jest bezdyskusyjne i przyrodzone. Kobieta, która szczerze zachwyca się męskimi 'kształtami', powinna być pod ochroną. Taka kobieta jest lustrzanym odbiciem męskich ciągot do kobiecej nagości, najłatwiej jest z nią dojść do porozumienia ze względu na podobieństwo wyżej wspomniane. Kobieca nagość jest wartością bezdyskusyjną. I pomyśleć że każda kobieta jest pod ubraniem naga. A naga kobieta to przecież dla mężczyzny pornografia, grzech, pożądanie, pornografia, seks, wyuzdanie, pornografia, emocje, podniecenie, pornografia, czyli to wszystko co go pociąga. Każda kobieta jest pod ubraniem potencjalnie pornograficzna. Kobiece ciało ma kształt dokładnie taki, jaki wymyśłił sobie obleśny, pożądliwy mężczyzna. Te wypukłości miękkie, gładkie linie i pełna harmonia. Piersi dziwnym trafem mają kształt ułożonych w kołyskę męskich dłoni, pośladki - dłoni otwartej z rozcapierzonymi palcami, łono zaś - zwartej dłoni z...a zresztą... Kiedy się staje za nagą kobietą, ręce automatycznie opierają się na jej biodrach, dlatego typowo kobieca sylwetka posiada dość szerokie biodra. Kobiece nagie ciało jest miękkie, a męskie dłonie uwielbiają miękki dotyk. Podobno dłonie kobiece mają odwrotnie, ale pewności nie ma. Wydaje mi się że każde dłonie wolą miękkość. Miękkość jest bezpieczna, nie powoduje ran i skaleczeń oraz stłuczeń, no i jest miła dotykowo. Nie dziwi więc obraz dotykających się nawzajem kobiet. Znane powiedzenie 'o kant dupy potłuc' dotyczy zapewne twardego tyłka męskiego, który o dziwo jednak ma liczne zwolenniczki. Kobieca nagość ma jakieś psychoanalityczne, głębokie znaczenie dla mnie. Jej wymowa jest wielowymiarowa i nie wiąże się jedynie ze sferą seksualności, ale powoduje również ciepłe, przytulne, emocjonalne skojarzenia.
Nie lubię statystyk i ankiet - wszelkiego tego typu badań na społeczeństwach, gdyż uważam je za swego rodzaju zapychaczo-wypełniacze stron kolorowych magazynów. Niby mają one coś tam mówić, ale zadawane pytania zazwyczaj są bzdurne, np. 'z jakim aktorem poszłabyś do łóżka?'. Ostatnio przeczytałem wyniki badań jakiejś australijskiej instytucji d/s zdrowia na temat długości penisów w powiązaniu z narodowością. Otóż najdłuższe mają, jak można się było spodziewać, Afrykańczycy (tu pada konkretna nazwa kraju, chyba Ghana, gdzie średnia długość to 19 cm z haczykiem), z kolei najkrótsze mają Azjaci (około 10-11cm). Europejczycy wypadają średnio, jakoś tak 14-15 cm (Polacy są wśród średniaków pośród średniaków). Oczywiście mowa o średnich rozmiarach, zatem wszędzie może się trafić wśród tego towarzystwa jakiś 'potwór', ewentualnie zgoła odwrotnie. Wymiary azjatyckich przyrodzeń, a w zasadzie konkretnie hinduskich, natchnęły mnie pewną refleksją, a w zasadzie coś uzmysłowiły, i traktuję to jako epokowe odkrycie na wzór rewelacji amerykańskich naukowców. Otóż skojarzyłem fakt 'krótkości' ichnich członków z wiekopomnym dziełem pt 'Kamasutra'. Bo czy nie było tak, że tamtejsze kobiety (bo mężczyznom wiele nie trzeba w tym względzie), zainicjowały poszukiwania i przyczyniły się do powstania Kamasutry, chcąc zaznać więcej, dużo więcej, przy skromnym uposażeniu swych partnerów? Zaczęły więc główkować i wymyślać pozycje sprzyjające powyższemu poprawieniu jakości doznań. Stąd wzięły się przeróżne wygibasy, które miały pomóc bądź to dogłębnej penetracji, bądź pobudzaniu konkretnych, wrażliwych stref erogennych i rozsławiły to wiekopomne dzieło na cały świat. Kto wie. Wydaje mi się że w dawnych czasach na terenie obecnych Indii kobiety miały znacznie więcej do powiedzenia niż dzisiaj i możliwe że autorem Kamasutry była właśnie kobieta lub jest to praca zbiorowa tamtejszego 'Koła Gospodyń Wiejskich' ;)
W tejże samej gazecie znalazł się wynik innej ankiety, wiążącej preferencje muzyczne badanych z ich gotowością do rozpoczęcia nowej znajomości od seksu już na pierwszej randce. Ja bym to rozszerzył na 'chętność' danego osobnika do seksu w ogóle. Najbardziej skorzy do seksu są ci słuchający m.in. Nirvany i Metalliki, a najmniej - Coldplay, Lady GaGa, Oasis itd (tu następują dalsze pozycje).
Sprawdźcie co ma na swojej mp3-ce Wasz potencjalny partner, zanim się z nim zwiążecie na dobre ;)
Skądinąd wiem że moje recenzje i ogólnotematyczne bazgroły interesują Was tyle co zeszłoroczny śnieg i są o kant tyłka potłuc. Was interesują moje intymne wyznania, a może i to już nie. A zatem wraca Wasz syn marnotrawny, a przynajmniej próbuje wracać.
Ano właśnie, wracać, ale do kogo? Jestem tu sam jak palec. Ktoś czasem z dobrego wychowania lub zwykłego ludzkiego współczucia dla mej samotności, okłamie mnie że czyta. Zjawiasz się 'duchu', postraszysz i znikasz. Wychłodzone jesienną porą uczucia czekają na jeszcze większe mrozy, by skostnieć na amen. Czy to ja się starzeję, czy Ty? Czy to ja staję się pragmatyczny i wyzuty z uczuć, czy jest to tarcza, która ma chronić moją, nieskromnie mówiąc, wrażliwość? Nie sądzę bym się zmienił jakoś. Gdy zapada cisza, sam staję się cichy, dostosowując się do atmosfery wszechogarniającej pustki. Moje wyznania są nudne i monotematyczne. Kręcę się w kółko ze swym marudzeniem (tu pojawił się wiersz rymowany, który natychmiast usunąłem wstydliwie ze względu na jego nikłą wartość merytoryczno-poetycką). Nie do końca byłbym szczery, gdybym napisał że nie kusi mnie by usunąć ten blog, jak i zatarzeć po sobie wszelkie ślady. Albowiem psu na budę to moje pisanie. Wobec powyższego nie znacie dnia ani godziny drodzy w miłosierdziu swym czytający jeszcze te słowa czasem....człowieki. To mogłoby by być w specyficzny sposób oczyszczające, jak wyrzucenie wszystkich numerów Playboya, jak...sformatowanie dysku, zresetowanie pamięci, przemeblowanie mieszkania na sposób ascetyczny, minimalistyczny, jak opróżnienie szuflad i półek z niepotrzebnych rzeczy, jak ogolenie głowy na zero, jak pozostawienie w szafce tylko po jednej parze butów na daną porę roku, jednej kurtki, jednego swetra, jednej czapki. Człowiek staje się lżejszy wówczas, bliższy swemu człowieczeństwu chyba, bardziej nagi, bardziej szczery wobec siebie. To jak zastosowanie diety, jak jedzenie tylko chleba z masłem i picie niesłodzonej herbaty. Takie to rozmyślania dotykają faceta, który czuje samotność w sieci. Zartuję, nie o sieć chodzi - chodzi o wszystko. Nie rozgraniczam życia na 'sieć' i 'real'. Życiem jest wszystko właśnie. Dobranoc Państwu.
Trochę mnie śmieszy ten cały cyrk. Miałem napisać że bardzo, ale się trochę zaasekuruję i napiszę że 'trochę', bo tak czy siak jestem jego odbiorcą i nic na to nie poradzę. Mówię o cyrku medialnym, o popkulturze szeroko rozumianej, o rozrywce dla mas, zwanej między innymi 'telewizją', z całą jej zawartością mającą na celu umilenie ludziom czasu. Otóż żadne tam umilenie. Rzecz w tym że to wszystko to w czystej postaci 'komercja'. Chodzi jak zwykle o wyciągnięcie od ludzi ich pieniędzy i nie ma w tym względzie żadnych sentymentów. Wyniki finansowe muszą być dobre, świetne, jak najlepsze. Tylko firma rozwijająca się ma prawo bytu, ma szansę przetrwać. Nawet nie mówię tu o reklamach, które są w sumie uczciwszą formą namawiania społeczeństwa na wydanie pieniążków, mówię raczej o zakamuflowanej machinie zarabiania na pospólstwie, której jednak mechanizm dostrzeże każdy nieco bardziej bystry osobnik. A zresztą nie odkrywam tu Ameryki. Może po prostu godzimy się z tym i nie roztkliwiamy nad tematem, przechodząc obojętnie, bo i też jaki mamy na to wpływ? Możemy to jedynie wykpić, wyśmiać, zmieszać z błotem, wykrzyczeć różne epitety pod adresem tych genialnych we własnych oczach specjalistów od wymyślania kolejnych teleturniejów telewizyjnych. Wszystko się kręci wokół zysku i zarabiania. No może poza TVP Kultura. Wiecie, wszystkie te "namawiam gorąco Państwa do wysyłania esemesów na parę X..." - tu akurat mamy dość jawną formę perswazji w kwestii "dajcie nam jak najwięcej swoich pieniędzy, bo całe to towarzystwo musi być słono opłacone, a i my mamy zbić kokosy na 40-tej edycji programu i pozmieniać samochody na bardziej luksusowe, oraz pokupować działki pod Warszawą. Zresztą dobrze by było, by 40-ta edycja zarobiła więcej od 39-tej, bo wtedy jest szansa na 41-szą, czyli na postawienie domku na w/w działce". Dobra, niech mają, ja im nie dam ze swoich, ale znajdą się tacy co dadzą, i to liczeni w dziesiątkach tysięcy. Zaraz! No nie do końca im nie dam. Musicie być świadomi, że nawet jak nie chcecie, to samym wlepianiem oczu w ekran już im płacicie (płacimy). Sprawy mają się tak, że ktoś tam, jakiś tajemniczy Don Pedro, sprawdza oglądalność danego programu, i nie pytajcie mnie jak on to robi. Otóż robi to dość skutecznie, a program o dużej oglądalności cieszy się powodzeniem u reklamodawców, którzy to bulą ciężką kasę danej stacji TV za możliwośc umieszczenia swojej reklamy w ramach popularnego 'szołu'. I tak oto pośrednio dokładamy się do nowej diamentowej kolii dla młodziutkiej kochanicy wiceprezesa takiej to a takiej telewizji, która w łóżku potrafi wywijać takie szpagaty, że mogłaby śmiało iść do programu "Mam talent". Nie chodzi mi już o szczegóły, chciałem napisać o ogólnym mechanizmie, o idei rządzącej mediami. Aktorzy zatrudniani w serialach są potem, na mocy podpisanych kontraktów, mocno eksploatowani w innych programach, aż się znudzą widzom. Wtedy szuka się innych. Tych jak i tamtych lansuje się w telewizjach śniadaniowych, śmiesznych i bezsensownych teleturniejach, oraz w niby ambitnych talk-show'ach i pogadankach o raku piersi czy prostaty. Jedyny plus to ich udział w akcjach charytatywnych i ewentualny wpływ księdza z 'Plebanii' na szybsze udanie się pani Jadzi na badanie piersi czy szyjki macicy (na nas facetów to nie działa, więc umieramy w mękach znacznie wcześniej od wielbicielek serialów, czyli naszych żon ;)). Wszystko jest towarem. Aktor 'wygrany' w popularnym serialu, sprzedaje się jeszcze długo po jego zakończeniu i pomaga sprzedawać przy okazji towary (programy) w których uczestniczy.
Programy szukające nowych talentów muzyczno-akrobatycznych to kolejne maszynki na esemesy. Doszło już, jak zauważyłem, do tego, że nikt się nie przejmuje faktem, iż swych sił na estradzie 'próbuje' dziewczę, które ze swoim zespołem nagrało już dwie płyty i nie jest żadną tam amatorką. Liczy się tylko to, że jest zwiewna i ma anielski głos, co wywoła euforię u telewidzów i nakłoni ich do hurtowego wysyłania na nią głosów. Ja sam, gorąco wierząc w 'amatorskość' jakiegoś wykonawcy, dostaję gęsiej skórki pod wpływem świetnego wokalu połączonego z świetnie dobranym repertuarowo kawałkiem. Początkowe założenia programu biorą więc w łeb, i tylko przemilcza się fakty, które mogłyby osłabić efekt zrobienia wrażenia na ludziach, które mogłyby ujawnić telewizyjne oszustwo.
Mecze. Mecz to, jak prawie wszystko inne, a w TV szczególnie, produkt na sprzedaż. Atrakcyjny mecz jest atrakcyjnym towarem i można go drogo sprzedać. Mecz jest atrakcyjny jak grają w nim atrakcyjne drużyny, czyli takie w których składzie są atrakcyjni piłkarze. Dobry piłkarz jest słono opłacany, ale to nic, to i tak się solennie opłaca, bo telewizje i widzowie na żywo, chętnie zapłacą za 'cyrk piłkarski'. Wszystko się ładnie zazębia i nie chodzi o żaden sport. Reklamy na stadionach to już małoistotny szczegół. Muszę się mocno nabiedzić by zapomnieć podczas meczu o finansowym aspekcie całego przedsięwzięcia o nazwie Liga Angielska, czy Liga Mistrzów.
A-ha, lansowanie piosenek w popularnym radiu to jeden z bardziej irytujących przejawów komercji. Prezenter radiowy nie ma prawa wypowiedzieć się źle o kolejnym 'przeboju' danej gwiazdy. Wystarczy że utwór sygnuje ktoś znany i to wystarczy. Taka nowość nie może być zła, no po prostu nie może. Jest niemożliwością by Shakiry nagrany nowy kawałek był szmelcowaty, no skąd. I nie ma znaczenia, że kilka lat wstecz nikt by takiego hiszpańskojęzycznego, latynoskiego chłamu nie puścił w europejskim radiu, a teraz już można, bo to Shakira, która pozycję ma na tyle silną, że sprzeda mediom wszystko. Nagle okazuje się, że słuchacze jakiegoś tam radia odkryli w sobie latynoskie korzenie, południowy temperament i windują wspomnianą piosenkę na szczyt listy przebojów. A wszystko to pod wpływem niemiłosiernie częstego odtwarzania tego 'zjawiskowego hitu' na 'łamach' stacji. Gdy jest to np. setny raz, na najbardziej opornych zaczyna działać mechanizm pt. 'najbardziej kochamy piosenki, które już kiedyś słyszeliśmy' (i to po wielokroć słyszeliśmy). Oj biedni są ci prezenterzy, którzy mają nawet tylko trochę większą od przeciętnej, wrażliwość muzyczną. Słowa dezaprobaty cisną się im na usta, ale niestety muszą to stłumić w sobie głęboko. I tak dzien w dzień.
I żeby nie było że jestem taki mądrala tutej: chcesz się zabawić to płać!. Jednych bawi "M jak Miłość", innych Liga Angielska. Mnie akurat to drugie, i byłbym skłamał gdybym napisał, że nie odczuwam podczas oglądania tego pewnych przyjemnych emocji i wytchnienia od spraw codziennych, bo jednak w przeciwieństwie do wszystkiego innego, mecz jest ciężko wyreżyserować i ma on sporą dozę nieprzewidywalności w sobie.
Otacza nas zewsząd mechanizm robienia pieniędzy, a my świadomie lub też mimowolnie
jesteśmy malutkimi trybikami tego mechanizmu, pionkami na szachownicy
speców od reklamy i promocji mimo całej swojej ewentualnej wiedzy o tym że jesteśmy
robieni w bambuko every day.
Ostatnio, jakimś dziwnym trafem, trafiły mi się dwa australijskie filmy. Australia wciąż kojarzy mi się z gonieniem za Ameryką w każdej dziedzinie, i z kaleczonym angielskim - taką zabrudzoną, rynsztokową jego odmianą. Widać tą pogoń w muzyce (choć mogą się pochwalić kilkoma wykonawcami, którzy tworzą coś na kształt australijskiego stylu w muzyce, np. The Church, a ostatnio Split Dogs), oraz w filmie. Przy całym tym moim krytycyzmie wobec australijskości, nie zapominam ani na moment o AC/DC, Pikniku pod wiszącą skałą i serii z Mad Max'em. Dziwnym trafem oba obejrzane przez mnie filmy mają pewną wspólną cechę, a właściwie dwie cechy - po pierwsze są to horrory, po drugie, nacisk położony został w nich na realistyczność. W pierwszym, narzędziem osiągnięcia tego jest paradokumentalizm. Tym razem pomysł zerżnięto z kina hiszpańskiego, a konkretnie z filmu Rec (zdaje się, że prekursorami w tej formie filmowej byli jednak twórcy zza oceanu odpowiedzialni za Witch Project). O ile w Rec można było się chwilami przerazić, i tylko irytujące pokrzykiwanie w jazgotliwym hiszpańskim psuło końcowy efekt (jak ci Hiszpanie potrafią wnerwiać swym rozpasanym gadulstwem), o tyle tu razi wtórność wszystkiego. Przydługi wstęp, a potem gonienie po labiryntach kanałów pod Sydney.
Drugi film to ograny pomysł z rekinem. A jednak w tym przypadku dość minimalistyczny, oszczędny, wręcz ascetyczny scenariusz i takaż gra aktorska, oraz pozbawiona fajerwerków forma, stawia realizm tego filmu na cienkiej granicy pomiędzy miałkością pomysłu, a powalającą antyhollywood'zką prostotą. Poczucie zagrożenia w tym obrazie realizowane jest poprzez ograniczenie wątków pobocznych do niezbędnego minimum i skupienie się na właśnie realiźmie ukazania rejsu kilkorga znajomych na pokładzie małego jachtu. Nieznośne napięcie budowane tu jest za pomocą permanentnego stanu oczekiwania na to co się stanie za chwilę, na oczekiwaniu kulminacji tragedii, na przekonaniu, że za chwilę wydarzy się coś okropnego. A żeby nie było tak łatwo, strach mamy tu podawany na raty.
Żaden z tych filmów nie stanie się hitem, żadnego z nich nie polecam do oglądania, więc i pisanie o nich wydaje się marnowaniem czasu, ale tak przy okazji nasuwa mi się bardzo subiektywne porównanie na podanych przykładach kina angielskiego i australijskiego. To pierwsze jest inteligentne, drugie zaś wygląda przy nim jak ubogi krewny zza oceanu. To oczywiście ocena bardzo wyrwana z szerokiego spojrzenia na twórczość filmową obu tych krajów, ale czy stosunkowo trudny dostęp do kina z antypodów nie jest potwierdzeniem tezy o nikłej jego wartości?